DIY: Jak skończyć z perfekcjonizmem i zacząć wierzyć w siebie

Done is better than perfect(1)

Powiem wam, że dostałam takiej niemocy twórczej, że aż szkoda gadać. Najchętniej leżałabym pod kołderką i podziwiała ptaszyska latające za oknem (dzisiaj na przykład oglądałam zaciekły spór sójki i sroki – no tak się darły, że nawet kot mi się zdegustował), albo żaby skaczące po schodach na przemian z łażącymi po parapecie jaszczurkami. W ogóle śmieszna sprawa, ale odkąd mam kłębek sierści, to zanotowałam wręcz nienaturalny wzrost aktywności zwierzęcej w ogródku i teraz zastanawiam się czy może ISIS zaczęło trenować również czterołapy na terrorystów samobójców, czy one same z siebie takie głupie po prostu. Nawet wstyd mi wspominać tę ostatnią farsę z myszą w roli głównej… No wyobrażacie sobie, żeby mysz trzeba było unieszkodliwiać trutką, skoro w domu mamy ogółem pięć kotów? Co to się z tym światem porobiło, to strach myśleć.

Abstrahując jednak od zwalania winy na biedne zwierzątka, powiem tak, trochę podłamałam się faktem, że posty DIY mają tak beznadziejne statystyki względem tych, w których próbuję się uzewnętrzniać uczuciowo. Sądziłam, że takie proste instrukcje obsługi rzeczy ogólnodostępnych będą milej odebrane niż konieczność brnięcia przez ileśtamset słów i w sumie to poczułam, że poległam na całej linii. Broń Boże, nie przez was, żeby nie było. Ot, wróciłam do najbardziej blokującego kreatywność trybu jaki tylko może istnieć – do bycia perfekcjonistką. Blog dostał domenę, ja dostałam wypasiony sprzęt, założyłam fanpage (bo mimo wszystko to w jakiś tam sposób pozwala mi łatwiej dotrzeć do nowych czytelników). Ba, nawet pojawiło się tam trochę osób, chociaż się tego nie spodziewałam. I wiecie co, poczułam, że skoro w jakimś stopniu zaczęło to przypominać całkiem profesjonalne przedsięwzięcie, to ja też powinnam podejść do tego profesjonalnie i działać tak perfekcyjnie jak inne blogerki. Krótko mówiąc, sama zapędziłam się w kozi róg.

Z moim “perfekcjonizmem” łączy się dodatkowo mój brak wiary w siebie i w to, że mogę mieć cokolwiek ciekawego do przekazania. Ale wiecie co? Przypomniałam sobie słowa M., który stwierdził, że mam pisać dla przyjemności, nie “fejmu” i podziałało. Przepustowość tamy zwiększyła się na tyle, abym mogła chociaż ociupinkę słów z siebie wyrzucić.

Doszłam do wniosku, że na swoim przykładzie i trochę inspirowana krótką historią koleżanki związaną z dyniowym lampionem, opowiem wam o tym zgubnym połączeniu perfekcjonizmu i niepełnej wiary w swoje możliwości.

W ogóle przez chwilę zastanawiałam się czy ten dopisek “DIY” w tytule to dobry pomysł, jednak doszłam do wniosku, że go tam zostawię. Powiem więcej, zostawiłam go z pełną premedytacją, bo w sumie nikt oprócz nas samych nie pomoże nam uwierzyć w siebie, nieważne jak bardzo by chciał (lub jak bardzo my byśmy chcieli).

Część właściwa. Zacznę może od całkiem prozaicznej sytuacji z lampionem. Podrzuciliśmy naszej koleżance (w razie gdybyś to jednak przeczytała, to proszę, nie bij, że akurat trafiło ty zostałaś inspiracją) dynię, bo chciała zrobić dla swojej córy lampion. Spytała jak się robi – opowiedziałam. Zrobiła i wysłała mi zdjęcia. Wszystko fajnie, gdyby nie dopisała, że jej nie wyszło, bo robiła takie coś pierwszy raz. I teraz najlepsza część – jej lampion wyszedł sto razy bardziej profesjonalnie niż ten mój z poprzedniego postu. Napisałam jej to. Bardzo, ale to bardzo nie chciała uwierzyć (no uparta jest skubana, że szkoda gadać). Co prawda w jej przypadku bardziej obstawiałabym wrodzoną skromność niż brak wiary w siebie, ale przynajmniej podsunęła mi pomysł na posta.

Chodzi mi o to, że osób, które podchodzą w podobny sposób jest bardzo dużo i ja sama do takich należę, ale staram się walczyć z tą przypadłością i wrzucać na luz. Od lat próbuję oduczyć się myślenia, że wszystko co robię musi być idealne, szczególnie jeśli robię to pierwszy raz. Moje dążenie do perfekcji spowodowało, że zaniechałam uczenia się dużej ilości rzeczy i dopiero teraz staram się to powoli nadrabiać chociażby łapiąc za druty i monotonnie dziergając, czy próbując malować albo wyszywać. Ba, mój perfekcjonizm i brak wiary w siebie spowodowały, że na bardzo długi czas porzuciłam fotografię, bo nie byłam w stanie dosięgnąć chociażby do pięt tym cudownym zdjęciom zalewającym internet. W ten sam sposób przestałam robić biżuterię, bo nie wierzyłam w to, że jest wystarczająco dobra i może się komuś spodobać, skoro mnie samej ciężko było powiedzieć o niej “ładna”. Zwyczajnie zaczynałam jakiś projekt, ale przerywałam w połowie albo na samym początku, bo nie potrafiłam dosięgnąć do swoich własnych wygórowanych wymagań.

Wszystko zmieniło się w momencie, gdy szlajając się po wirtualnym świecie, trafiłam na jedno zdanie. Mianowicie, że zrobione jest lepsze od doskonałego. Powiem wam, że to był moment kiedy pierwszy pozwoliłam sobie wrzucić na luz. Stwierdziłam, że dla mnie będzie to motto idealne – nawet zawiesiłam sobie kartkę nad biurkiem, żeby na pewno nie zapomnieć (ach, ta wybiórcza pamięć). Druga sprawa. Kiedyś trafiłam też na stwierdzenie, że trzeba odpuścić porównywanie się z innymi, a zacząć być najlepszym dla nas samych, bo to co robimy przede wszystkim ma podobać się nam. Nie trzeba odnosić nie wiadomo jakich sukcesów, bo to nie one świadczą o naszej wartości.

I wiecie co, stosowanie tych “zasad” naprawdę na mnie podziałało. Teraz prawie każdy projekt jestem w stanie doprowadzić do końca, a nauka nowych rzeczy przychodzi mi dużo łatwiej, bo nie poddaję się po pierwszej nieudanej próbie. Przyznaję się też bez bicia, że teraz nie czytam aż tak dużo blogów jak kiedyś, a inspirację faktycznie staram się znaleźć przeglądając Pinteresta lub instagrama.

A jak jest z wami? Może macie jakieś sprawdzone sposoby na wiarę w siebie?

Advertisements

2 thoughts on “DIY: Jak skończyć z perfekcjonizmem i zacząć wierzyć w siebie

  1. AnnRK says:

    Tak bardzo, bardzo Cię rozumiem, że trochę mi nawet z tego powodu smutno i źle. Bo tak właśnie mam. Zapisałam się na hiszpański i rozpaczałam, że jestem taka kiepska, że po kilku lekcjach nie mogę jeszcze iść na konwersatoria z nativem. Po pierwszej lekcji flamenco dramatem było to, że instruktorka się tak wspaniale rusza, a ja przypominam źle naoliwionego robota. I tak mam z wieloma rzeczami. Żadna notka na blogu nie jest dobra, żadna rzecz handmade nie wygląda tak jak powinna itp. Ech.

    Like

    • Lisiówka says:

      Oj tak, nic mi nawet nie mów o nauce języka… Mimo studiów z filologii nadal mam lęk przed rozmową z nativem, bo gdzieś tam z tyłu głowy kołacze mi się myśl, że zaraz na pewno się ośmieszę – przecież jeszcze tyyyyylu rzeczy nie zdążyłam przyswoić.
      Tak jeszcze patrząc na to wszystko, mam wrażenie, że ludzie, których dotyka problem bycia perfekcjonistą powinni dostać w pakiecie powiększoną liczbę godzin na naukę cierpliwości. Widzę po samej sobie, że właśnie najtrudniej jest pogodzić się z faktem, że robiąc coś pierwszy raz nie wychodzi mi to tak idealnie jak innym, a już w ogóle najgorzej jak trafi się na osobę, której to samo właśnie za pierwszym razem się udaje. Wtedy to w ogóle mam ochotę rzucić wszystko i schować się do jakiejś mysiej dziury, ale z drugiej strony wiem, że z niektórymi rzeczami tak się nie da niestety (szczególnie jeśli chodzi na przykład o pracę).

      Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s